• Gości online: 23 • Dzisiaj: 33 • Odwiedzin: 605193
|
|
|
Powiadom znajomych
Strona startowa
Dodaj do ulubionych |
|
|
|
 |
foto galeria:

fotorelacje:

|
|
|
 |
 |
|
|
| |
 | | Wakacyjna miłość |
| | | 2009-09-30 g.11:10 | 6 623 bajtów | czytano 752 razy |
Uczucie, które można w ten sposób opisać to najczęściej przelotny flirt, zauroczenie, namiętność, będąca wynikiem znalezienia się w nowej sytuacji, sprzyjającej swobodnemu nawiązywaniu kontaktów i łatwemu zawieraniu znajomości. Lato, wyjazdy w odległe zakątki, a także chęć wyluzowania się i odprężenia, odreagowania stresów stanowią ku temu idealną okazję. Przeżycie to, niekoniecznie zarezerwowane dla nastolatków, cechuje się najczęściej burzliwym, ale krótkotrwałym przebiegiem. Po powrocie z wakacji, w zależności od stopnia zaangażowania się wcześniej w owo uczucie, z upływem czasu pozostaje albo brzemiennym w skutki doświadczeniem, albo tylko mglistym wspomnieniem. Wakacje się skończyły i nadszedł czas powrotów do domu, do normalności, czas podsumowania tego, co ostatnio wydarzyło się w naszym życiu. Niektórzy z nas, jak podejrzewam, w letnich miesiącach wyjeżdżali w ściśle określonym celu. Inni tak po prostu, by zmienić klimat i odpocząć. Z pewnością wielu skorzystało z bogatej oferty chrześcijańskich wczasów rodzinnych, obozów, warsztatów i zlotów.
Pamiętam, jak przed laty, będąc jeszcze młodym człowiekiem bardzo lubiłem wyjeżdżać na obozy młodzieżowe. Wtedy, w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia używano nazwy kursy biblijno-umuzykalniające. Zaliczyłem ich kilka lub kilkanaście, przywożąc za każdym razem wspomnienia fascynujących przygód i notatnik zapełniony adresami nowych przyjaciół. Pamiętam również, jak przez pierwsze tygodnie po powrocie starałem się utrzymywać z nowymi znajomymi zażyłe kontakty, o czym zresztą solennie ich zapewniałem, lecz z biegiem czasu mój zapał stygł, aż w końcu korespondencja się urywała. Nie działo się tak dlatego, że przestało mi na nich zależeć, ale po prostu zwykłe czynności dnia codziennego zaczynały mnie coraz bardziej pochłaniać i podtrzymywanie znajomości z kimś, kto nie był obecny tu i teraz schodziło na drugi albo i trzeci plan. Kiedy później po roku na przykład spotykałem jednego z moich kolegów na kolejnym obozie, nie chciał się już ze mną przyjaźnić i szybko odkrywałem, że otacza się innym kręgiem znajomych. Uświadamiałem sobie wtedy, iż zawiodłem jego zaufanie i jak się najczęściej okazywało bardzo trudno przychodziło mi zaskarbienie sobie na powrót jego przychylności. Chociaż z tego co powiedziałem na wstępie wyłania się obraz wakacyjnej miłości jako przemijającej przygody, to chcę powiedzieć, że w moim przypadku było nieco inaczej. Na jednym z takich obozów przeżycie to stało się moim udziałem. Jednak oprócz umiejscowienia tego faktu w czasie wakacji nic więcej nie pasuje do podanej przeze mnie definicji. Mam na myśli miłość do mojego Pana Jezusa Chrystusa, którą wyznałem Mu pewnego lipcowego wieczora i która dała nowy początek mojemu życiu. Życiu w Jego obecności, łasce i błogosławieństwie każdego kolejnego dnia. Pozwalam sobie na tę odrobinę prywatności, ponieważ właśnie minęło trzydzieści pięć lat od tego niezapomnianego momentu.
Jak to możliwe, by tak niekonwencjonalne i transcendentalne uczucie, łączące Boga i człowieka mogło przetrwać tyle lat? To z pewnością jeden z Bożych cudów i Jego ogromna łaska sprawiająca, iż bardzo wytrwale pracuje On nad podtrzymaniem naszych relacji i stara się każdego dnia zafascynować mnie czymś nowym. Z mojej strony spotyka się najczęściej z brakiem czasu dla Niego, zniechęceniem, narzekaniem, złym humorem i bezustannymi prośbami, dotyczącymi spełnienia takich czy innych zachcianek. Ktoś taki nie może być przecież idealnym partnerem.
A On jednak mnie kocha, pracuje nad moim życiem, charakterem, dokonując z czasem transformacji moich myśli, zachowań i odpowiadając w dwójnasób na moje nieudolne przejawy okazywania Mu uczucia miłości.
Zastanawiam się co by się ze mną stało, gdybym okazał się tylko wakacyjną miłością mojego Boga, odrzuconą w miesiąc po pełnym euforii i uniesienia otwarciu przed Nim swego serca, kiedy zapał już nieco ostygł, a przysłowiowe ciernie w postaci troski o byt zaczęły wyrastać ponad kiełkujące zaledwie ziarno Słowa Bożego (Łuk. 8. 14). Zapewne czułbym się odrzucony, zdradzony i beznadziejnie samotny. Ale to przecież naturę człowieka cechuje odrzucanie, zapominanie o danych przyrzeczeniach i zmienność uczuć. Dziś potrafi ę mówić komuś: kocham Cię, a jutro w przypływie złości gotów jestem obrzucić go najgorszymi wyzwiskami i obraźliwymi epitetami.
Bóg jednak jest inny. Swoją oblubienicę darzy niezmiennym uczuciem czystej miłości. Nawet gdy nie widzi efektu swoich zabiegów, zmierzających do wydania przeze mnie, jako Jego ukochanej latorośli, jakiegokolwiek owocu nie decyduje się od razu na wyrwanie jej z korzeniami. Pomimo, że często całymi Rozważanie dniami milczę i usycham nie dostrzegając dowodów Jego opieki i bliskiej obecności, a na moich „gałęziach” nie dostrzega nic prócz liści, nie postanawia wymazać mnie ze swojej pamięci, lecz stara się pielęgnować dalej, stwarzając najodpowiedniejsze z możliwych warunki do tego by nasze wzajemne relacje mogły być jak najlepsze. Gdy, o zgrozo, zauważa, że to wszystko co Mu ślubowałem: wierność, oddanie i poświęcenie zaczynam kierować w stronę czegoś lub kogoś innego, odsuwając Go na bok, nadal nie odwraca się do mnie plecami, ale czeka cierpliwie w nadziei, że znów do Niego powrócę. Jakże mogłoby być inaczej, skoro w Swoim Słowie, skierowanym do człowieka mówi: „… miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego tak długo okazywałem ci łaskę.” Jer. 31:3. A za pośrednictwem proroka Izajasza utwierdza mnie w przekonaniu, że należę do Niego: „... Nie bój się, bo cię wykupiłem, nazwałem cię twoim imieniem – moim jesteś!” Iz. 43:1.
Moja „wakacyjna miłość” z Bogiem trwa, chociaż niejednokrotnie dawałem Mu powody do tego, żeby ze mną zerwał. Im dłużej trwa, tym bardziej jestem Mu wdzięczny za to, że tego nie zrobił. Dlatego też każdego dnia chcę kochać Go tak, jak na początku. Mieć tyle zapału jak w chwili kiedy się poznaliśmy, poświęcać Mu tyle uwagi, co w pierwszych dniach po tym, jak zdecydowałem się otworzyć dla Niego swoje serce i fascynować się Nim tak jak kimś, kto wzbudza zachwyt, szacunek i pozwala, by odkrywać jego atrybuty wciąż na nowo.
Modlę się o to, by życzenia te nie należały tylko i wyłącznie do tak zwanego gatunku „pobożnych”, ale by myśli w nich zawarte leżały głęboko na moim sercu i stały się moją codzienną praktyką. Wszak memu Oblubieńcowi zależy na tym, bym był Mu wierny i kochał Go zawsze swoją pierwszą, żarliwą miłością.
Bogusław Haręża |
<< powrót |
|
|
|
 |